fbpx
RELACJA ZE SOBĄ

A TY, CZYM SIEBIE STRASZYSZ? JAK ZMNIEJSZYĆ LĘK W CODZIENNYM ŻYCIU.

 

 

Wróciłam z psychoterapii. Byłyśmy na Jowiszu. To taka niezbyt przyjazna planeta. Kula koszmarnie gorącego gazu, a za tą koszmarnie gorącą warstwą, koszmarnie zimna. I tak źle i tak niedobrze. No i nie ma się też za bardzo o co oprzeć. Żeby nie było zbyt miło mamy tam też burze. Dużo burz.

 

Na psychologicznym Jowiszu

 

Pokuszę się więc o stwierdzenie, że Jowisz to takie miejsce niezbyt przyjazne do życia. Do dobrego życia to już w ogóle. Przyznam Wam szczerze, że niestety często tam bywam. Przypiekają, chłodzą, zawiewa, a klimat rodem wyjęty ze Stranger Things (ze świata Upside down oczywiście- ci co oglądali to wiedzą, a ci, co nie oglądali, niech szybko nadrobią haniebne zaległości). A jednak tam bywam. I Ty pewnie też.

 

Bo Jowisz to takie miejsce w nas, w którym straszy. Tam mieszka lęk. Straszy, że on odejdzie. Straszy, że nadchodzi choroba. Straszy, że nie będzie jako spłacić kredytu/samochodu i wpisz tu sobie, co uznasz za swoje. Straszy, że wszystko się skończy, cokolwiek to wszystko znaczy. Zacznie się za to gorsze. I będzie coraz gorsze.

Z każdą wycieczką na Jowisza, zadawałam sobie proste pytanie, na które przez długi czas nie mogłam znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi.

-Po co tam latasz? Po co się straszysz?

 

Po co tam w ogóle latać?

 

Zaprzęgnęłam do pracy wszystkie swoje szare, psychologiczne komórki i w końcu złapałam:

-Lepiej obejrzeć sobie tego Jowisza i te wszystkie katastrofy, które na nim czyhają, żeby w razie czego (jak już się wydarzą), nie wzięły mnie z zaskoczenia. Zawsze lepiej się przygotować. Latam więc na Jowisza, żeby oswajać swoje wewnętrzne katastrofy.

 

Problem w tym, że to są bardzo, bardzo drogie wycieczki. Kosztują bardzo dużo. Ich cena jest tak wysoka, że czasem odechciewa się żyć. Bo po co? Skoro i tak zaraz za rogiem czeka katastrofa. Wyprawy na Jowisza męczą i zabierają energię, a podczas psychoterapii, staramy się jakoś okiełznać te podróżnicze zapędy do krainy lęku i strachów.

 

A jednak trudno zrezygnować. Jeśli przestaniemy się straszyć, to przecież katastrofa może nadejść niespodziewanie i wtedy zaboli jeszcze bardziej. Rezygnacja z wycieczek i straszenia siebie, tym co tam zobaczymy, brzmi dobrze, ale oznacza odpuszczenie kontroli. Bo oswajanie swoich potencjalnych katastrof to przecież próba zmniejszenia przyszłego cierpienia, które w większości nie nadchodzi. Chroniąc się przed przyszłym cierpieniem, cierpisz cały czas. Czasem nawet niezauważenie.

 

Jak nie Jowisz to dokąd latać?

 

Jaka jest więc alternatywa? Przyszło mi dziś słowo zaufanie.

I natychmiast ostra odpowiedź z Jowisza: możesz ufać, ale to nie sprawi, że rzeczy który się boisz, się nie wydarzą!

Zgadza się Jowiszu. Gdybym jednak wiedziała na pewno, że rzeczy, których się boję nie wydarzą się nigdy, to nie byłoby już zaufanie, tylko pewność.

Ja wybieram zaufać, że będzie się działo to, co dla mnie dobre. I jeśli będą to rzeczy trudne,  to wybieram zaufać, że z nich także wyniknie coś dobrego.

 

Jowisz milczy…

 

 

 

Poprzednie
Kolejne